Lato – jesień 2014

Posted: Listopad 6, 2014 in przemiana, redukcja

Redukcja, słowo, które dla wielu oznacza ogromne wyrzeczenia. Dieta – reżim, trening w konkretnych ramach czasowych, znowu dieta, potem dieta i jeszcze raz dieta… Dla wielu, bo nie dla mnie. Upór i konsekwencja, a przede wszystkim bardzo dobra organizacja, były, są i jestem pewny, że długo jeszcze będą moimi mocnymi stronami.
Zacząłem swoją przygodę od dużego zatłuszczenia, zdjęcia nie mam, bo się wstydziłem je wykonać. Teraz żałuję. Kilka miesięcy ćwiczeń, szukania sposobów, rozwiązań i recept i wyglądałem tak:

IMG_9877

I od tego momentu funkcjonuje Moja przemiana.

Chciałbym, aby wszyscy byli świadomi tego, że po drugiej stronie tego co czytacie i co oglądacie jest zwykły człowiek. Z tymi samymi problemami, z tymi samymi wadami, z tym samym brakiem czasu… Jedyne co różni mnie od wielu, naprawdę wielu osób, to fakt, że niemożliwe dla mnie nie już istnieje. Udowadniam sobie to sam każdego dnia, ale udowadniają mi to róweniż ludzie, których obserwuję dookoła.
Te
ż mam pracę, też mam rodzinę, też mam obowiązki. Ale mam również to coś, z czego nie zrezygnuję. Mam chwilę dla siebie i wydaje mi się, że w życiu trzeba znaleźć balans miedzy tymi wszystkimi aspektami. Nieważne czy jest to sport, gra na gitarze, czy czytanie książek. Ja znalazłem receptę na siebie i konsekwentnie brnę do przodu.

Przejdźmy do konkretów.

CEL:
Moim celem była maksymalna redukcja tłuszczu przy minimalnych stratach mięśniowych. Bez spalaczy, bez kombinowania, bez wybierania dróg na skróty. Było też kilka pobocznych celów, które musiałem jakoś ze sobą połączyć, często zrezygnować (jak się potem okazało), bo zwykle jest coś kosztem czegoś.
Ambitny plan, bo w perspektywie czasu miałem wziąć udział w dwóch półmaratonach biegowych oraz kilku biegach krótszych, na 10km. Do tego były i są zajęcia Indoor Cycling i wizyty w siłowni. Mieszanka wybuchowa, ale cóż.

DIETA:
Napiszę krótko – ja wybrałem plan żywieniowy z niską podażą węglowodanów. Zachęcam do zapoznania się z tematem diety „low carb”, na której zasadach można skomponować plan żywieniowy. Inną formą jest dieta „no carb”, dużo bardziej rygorystyczną. I ile byśmy nie dyskutowali na temat skuteczności tych metod (lub innych), to znajdą się przeciwnicy i zwolennicy. Znajdą się również tacy, którzy wybiorą z mechanizmu konkretny tryb i zaczną działać po swojemu. Ja tak zrobiłem. Bo najważniejsze jest to, żeby znaleźć idealne połączenie – ubytku tłuszczu, zachowania masy mięśniowej i dobrego samopoczucia. Nikogo nie zachęcam, nikogo do niczego nie zmuszam. Każdy robi, jak uważa za stosowne. Robiłem „oszukane” posiłki, ale wszystko z pełną kontrolą i nawet te dania były, tak uważam, bardzo zdrowe i smaczne.

Węglowodany spożywałem na pierwsze śniadanie oraz w posiłku potreningowym. Pewnie zastanawiacie się, co z warzywami – wliczyć, nie wliczyć w bilans? Otóż, są dwie koncepcje. Ja wybrałem tą, że wliczę 200-gramową miseczkę świeżych warzyw do każdego posiłku.

Białka dostarczałem głównie w postaci mięsa, po 100g do każdego posiłku (prócz kolacji). Zwykle kurczak, indyk, łosoś lub tuńczyk, ale był też schab i wołowina. W moim planie żywieniowym nie brakowało jaj, tych kurzych :) Orzechy to też bogate źródło białka, tak samo bób, fasola i groch, tylko mniej wartościowe (aminokwasy).

Tłuszcze, tłuszcze dostarczałem głównie z orzechów i migdałów. Orzechy, wszystkie jakie dała natura – kokosowe, nerkowca, włoskie, laskowe. Lubię też ziemne, choć nie są przecież orzechami – oczywiście bez soli. Do tego olej lniany i oliwa z oliwek. Wszystko na zimno, bez obróbki termicznej.

Suplementacja, uwaga bo pewnie niektórzy liczą na 3-stronicowe opowiadanie. No to podaję:

  • 1 blister BCAA z Olimpu (jak biegłem 2 półmaratony i urodzinową 30-tkę)
  • multipower formula 80 evolution – odżywka białkowa, po treningu

REALIZACJA:
3 miesiące, waga: -8kg, spore straty w obwodach, zwłaszcza uda i okolice bioder. Klatka piersiowa była moją piętą achillesową, w mojej opinii, na plus. O nią walczyłem bardzo mocno. Spory ubytek tłuszczu widać na zdjęciu. Do poprawy – plecy i dolna część brzucha, ale o to postaram się zadbać w przyszłości.

PLUSY:

  • Pieniądze – szedłem do sklepu z konkretnym planem. Zero słodyczy, zero zachcianek. Do koszyka wkładam to, co mi potrzebne.
  • Kalorie – 100% panowania nad ilością spożywanych kalorii. To klucz do sukcesu.
  • Cukier – ważny aspekt, jeśli nie najważniejszy zaraz po ujemnym bilansie kalorycznym, trzeba na to zwracać uwagę. Stabilny i przewidywalny poziom cukru we krwi powoduje, że nie jesteśmy senni, nerwowi, ospali i pobudzeni – na przemiennie.

MINUSY:

  • Ujemny bilans i efekty sportowe – siły do trenowania starczało mi zwykle na 60-70 minut. Potem zaczynał się dramat, o czym brutalnie przekonałem się podczas drugiego swojego półmaratonu w Warszawie. Na 15 kilometrze odcięcie zapłonu. Niemoc, bardzo pesymistyczne myśli, wewnętrzna walka z samym sobą. Coś trudnego do opisania. Niemoc (to moje odczucie) towarzyszyły mi również na krótszych biegach i to jest właśnie czkawka, o której pisałem. Ciężko robić rekordy życiowe, gdy bilans kaloryczny w dniu wynosi, uwaga, -700kcal. Tak, tak, o tyle pomniejszona była kaloryczność mojego plany żywieniowego w stosunku do całkowitej przemiany materii.
  • Monotonia posiłków – szybko się z nią uporałem (na szczęście), bo może powodować wstręt do jedzenia. Trzeba poszukiwać nowych rozwiązań i smaków.

 

Czas na podsumowanie.
1956976_753544661396693_1761359343262049487_o
Z realizacji celu jestem bardzo zadowolony, a Wasze pozytywne komentarze i ilość polubień tylko utwierdziły mnie w tym, że idę w dobrą stronę.

Oddzielny akapit przeznaczam dla osoby, która bardzo pomogła mi w osiągnięciu tego celu, choć jak sam twierdzi, ten efekt to moja praca. – skromniś, nie? Albert Kośmider - trener personalny, świetny gość z doświadczeniem, z wiedzą i wielką elastycznością w podejściu do człowieka. Zapraszam Was do niego: (https://www.facebook.com/AlbertKosmiderTrenerPersonalny).

Jestem przekonany, że warto walczyć o swoje, nawet jeśli jest ciężko. To jest mój wielki sportowy sukces. Sukces, który staje się dziś moim doświadczeniem, a te zbieram już od dłuższego czasu. Sukcesem jest również to, że nikt nie pytam nie po co to robię, teraz odpowiadam na pytania – jak ja to robię.
Ufam, że w niedalekiej przyszłości te wszystkie malutkie atomy doświadczenia pozbieram w jedną całość i zacznę dzielić się tym z ludźmi, w walce o ich lepsze życie!

Dziękuję :)

Ostatnio zrozumiałem, że świat dietetyki i sportu to dwie niekończące się opowieści. Raz stwierdzam, że sporo już wiem, po czym przychodzi moment, gdzie jestem zagubiony jak „dziecko we mgle”.
Wiedzę chłonę jak gąbka, bo lubię dużo wiedzieć, wtedy czuję się pewniej. Oczywiście, są różna szkoły, koncepcje i przekonania, które oparte o badania, skłaniają do przemyśleń. Najważniejsze, aby nie dać się zwariować. A w życiu łatwo o potknięcie, czego przykładem będzie ten artykuł.

Zaburzenia, o których za moment napiszę, znajdują swoje źródło w wewnętrznej walce między ciałem i tym co niematerialne. Ciężko podać konkretny powód, dlaczego jednym w życiu się udaje, a drugim nie, ale patrząc przez pryzmat jednego aspektu, można popaść w obsesję. Tym aspektem jest IDEAŁ, do którego droga prowadzi przez kult sylwetki i odpowiedniego stylu życia.
Większość ludzi zaburzenia odżywiania sprowadza do pojęć anoreksji i bulimii. A to błąd, bo przykrością piszę, że tych „reksji” mamy więcej.

tumblr_mkenarfLrV1s9_6W_big

Popatrzcie sami:

• Bigoreksja
Ta obsesja znacznie częściej dotyka mężczyzn niż kobiet – co w przypadku reksji zdarza się rzadko. Bigoreksja związana jest z kompulsywną potrzebą posiadania umięśnionego ciała. Bigorektyk będzie więc inwestował w odżywki, spędzał godziny na siłowni, dbał o dietę. Kompulsja może popchnąć go również do stosowania sterydów anabolicznych.

• Anoreksja athletica
To zaburzenie jest odmianą anoreksji – zarówno uwzględnia głodówki i pilnowanie diety, ale osobie chorej nie chodzi tylko o to by mieć ciało szczupłe, lecz również wysportowane – sposobem na odchudzanie są nie tylko diety, ale dodatkowo sport. W efekcie mamy tu do czynienia z obsesyjnymi ćwiczeniami fizycznymi, wyczerpującymi treningami i poczuciem winy w przypadku każdego opuszczonego treningu. W odróżnieniu do bigoreksji nie chodzi o wspaniałą muskulaturę (którą można poprawić przyjmując np. odżywki białkowe), ale o sprawność fizyczną i ćwiczenia fizyczne. Anoreksja athletica może doprowadzić do przetrenowania i uszkodzeń ciała wynikających z nadmiernego wysiłku.

• Permareksja
Uzależnienie od bycia na diecie, czyli permareksja może być dla osoby chorej niezwykle niebezpieczne – nie tylko dochodzi do rozregulowania metabolizmu, ale również w tym zaburzeniu mamy wahania wagi, wyjałowienie organizmu z koniecznych witamin i mikroelementów. Permareksja może być też preludium do anoreksji.

• Tanoreksja
Uzależnienie od opalania. Jako jedno z niewielu nie związane z katowaniem ciała ćwiczeniami lub głodówkami. Nadal jest to jednak zaburzenie obrazu ciała. Osoby chore na tanoreksje uzależnione są od opalania – w efekcie w nadmiernym stopniu korzystają z solarium i szybko doprowadzają do nadmiernego starzenia się skóry.

• Ortoreksja
Zaburzenie, które trudno zdiagnozować, jego pierwsze objawy rzadko bowiem wzbudzają niepokój otoczenia. Ortoreksja jest kompulsywną potrzebą jedzenia zdrowo. Osoba chora zwraca szczególną uwagę na to co je, na składniki odżywcze i sposób przygotowania potraw. Teoretycznie więc, obsesja ta jest dobra dla zdrowia i ciała. Niestety, walka o „jedyne słuszne” jedzenie prowadzi często do izolacji, bowiem pregorektyk zaczyna zwracać uwagę również na to, co jedzą znajomi, nie jest w stanie wyjść z drugą osobą do restauracji czy nawet skorzystać z gościny u kogoś.

• Brideoreksja
Ta obsesja pojawia się w wyjątkowym momencie – w czasie przygotowań do ślubu. Polega bowiem na tym, że przyszła panna młoda zaczyna się odchudzać po to, by jak najlepiej (a konkretnie rzecz ujmując – jak najchudziej) wyglądać na własnym ślubie. Kobiety, które dopada brideoreksja wypróbowują różnorodne diety, głodzą się aż do etapu omdleń – w najgorszych przypadkach okazuje się, że ślub musi zostać odwołany, panna młoda nie ma bowiem sił dojść do ołtarza.

• Pregoreksja
Ta forma odchudzania również wiąże się ze specyficznym okresem życia kobiety – z ciążą. Głodujące przyszłe mamy, to kobiety, które obsesyjnie boją się nadmiernego przybrania na wadze w ciąży i nieumiejętności zrzucenia nadwagi po urodzeniu dziecka. Oczywiście odchudzanie się w ciąży może zaszkodzić dziecku- matka nie przyjmuje wystarczającej ilości składników potrzebnych dziecku, nie dostarcza mu właściwych witamin i mikroelementów. Dziecko może urodzić się przedwcześnie, słabe i chorowite.

Dążąc do pięknej, wysportowanej sylwetki, pamiętaj – nie daj się zwariować! Łatwo bowiem jest wpaść w uzależnienie od odchudzania, które powoduje zaburzenia odżywiania. To samo dotyczy treningu, bo przecież nie liczy się długość wykonywanych ćwiczeń, tylko ich jakość.
Ile kalorii ma hamburger wie pewnie każdy ortorektyk, bigorektyk i permarektyk. Nie ma w tym nic złego. Nie ma do momentu, gdy nie przypomina to obsesji.

Zdrowo, z dystansem do świata i przede wszystkim – z harmonią ciała i ducha. Żyjmy…

zdjecie: proanorexic.bloog.pl

Bronnie Ware jest pielęgniarką, która spędziła kilka lat pracując z umierającymi ludźmi. Byli pod jej opieką w ciągu swoich ostatnich 12 tygodni życia. Rozmowy z nimi Bronnie udokumentowała i opublikowała na blogu. Otrzymała wiele rad, które uwzględniła i finalnie postanowiła wydać książkę. Bronnie pisze o życiu w bardzo jasny sposób:Ludzie dopiero pod koniec życia uświadamiają sobie, co tak naprawdę w życiu jest ważne. Dzięki ich mądrościom możemy się wiele nauczyć. Kiedy pytałam ich, czego żałują najbardziej i co chcieliby zrobić inaczej, większość odpowiedzi powtarzała się.

4461256-starosc-senior-643-385

Oto 5 rzeczy, których ludzie najczęściej żałowali przed śmiercią:

1. Żałuje, że nie miałem odwagi, by przeżyć swoje życie w pełni po swojemu, a nie zgodnie z oczekiwaniami innych.

Tego żałowali najczęściej. W momencie, gdy ludzie uświadamiają sobie, że ich życie zbliża się ku końcowi i patrzą na nie z dystansu, z łatwością dostrzegają jak wiele marzeń pozostało niespełnionych. Wielu nie zrealizowało nawet połowy z nich, byli zmuszeni umrzeć ze świadomością, iż był to wynik decyzji, jakie podjęli, bądź też nie. To bardzo ważne, by żyjąc starać się spełnić chociaż część ze swych marzeń. W momencie, gdy tracimy swoje zdrowie – już jest za późno. Niewielu ma świadomość, iż przynosi ono wolność, aż do czasu gdy się je powoli traci”.

2. Żałuję, że tak ciężko pracowałem.

Usłyszałam to od każdego mężczyzny, którym się opiekowałam. Ominęły ich lata młodości dzieci oraz radość z towarzystwa partnerki. Kobiety również o tym wspominały. Jednak większość z nich pochodziła ze starszej generacji i nie były one głównymi żywicielami rodziny. Wielu mężczyzn głęboko żałowało, iż poświęcali, aż tyle czasu na pracę. Poprzez uproszczenie swego stylu życia i podejmowanie świadomych wyborów można zdecydowanie zmniejszyć ilość niezbędnych nam do życia środków. Dzięki zyskanej przez to przestrzeni nasze życie staje się szczęśliwsze i łatwiej nam skorzystać z ciekawych i nowych możliwości”.

3. Żałuje, że nie miałem odwagi, aby wyrażać swoje uczucia.

„Wielu ludzi tłamsi swe uczucia, by żyć w pokoju z innymi. W rezultacie często nie wykorzystują potencjału, jaki w sobie kryją. Nie możemy kontrolować emocji innych. Jednakże ludzie podświadomie zareagują na twoją zmianę i szczerość. Koniec końców, wznosi to relację na zupełnie inny – wyższy i zdrowszy – poziom lub prowadzi do usunięcia z twojego życia zbędnych i toksycznych kontaktów. W każdym wypadku to Twoja wygrana”.

4. Żałuję, że nie przyłożyłem się bardziej do utrzymywania znajomości.

Często nie zdawali sobie oni sprawy z tego, jak ważni byli dla nich starzy przyjaciele, aż do ostatnich tygodni przed śmiercią, a wtedy ich wytropienie często było już niemożliwe. Wielu pacjentów było tak zaangażowanych we własne życia, że pozwolili, by prawdziwi przyjaciele stopniowo się od nich oddalali. Wiele żalu skupiało się wokół niepoświęcenia relacjom odpowiednio dużej ilości czasu i wysiłku. Wszyscy tęsknimy za swoimi przyjaciółmi w momencie śmierci. Nasz zapracowany tryb życia coraz częściej sprawia, że tracimy ważne relacje. Jednak, gdy stajemy twarzą w twarz ze śmiercią, fizyczne aspekty naszego życia stają się nieistotne. Ludzie chcą uporządkować sprawy majątkowe najszybciej jak jest to możliwe, ale to nie to ma dla nich największego znaczenia. Kierują się przede wszystkim dobrem ich najbliższych. Zwykle są zbyt chorzy i zmęczeni, by dokończyć i to zadanie. Pod koniec wszystko i tak sprowadza się do miłości i relacji z ludźmi. To jest to, co zostaje w ostatnich tygodniach – uczucia i ludzie”.

5. Żałuję, że nie pozwoliłem sobie być szczęśliwszym.

Słyszałam to zaskakująco często. Wielu ludzi dopiero przed śmiercią uświadamia sobie, że szczęście to wybór. Tkwią w starych nawykach, powielają wzorce. Tak zwany „komfort” wpływa nie tylko na ich psychikę, ale i emocje. Strach przed zmianami skłaniał ich do udawania przed innymi, ale i samym sobą, że są zadowoleni, kiedy to w głębi serca pragnęli się głośno śmiać i wygłupiać raz jeszcze. Kiedy jest się na łożu śmierci to, co myślą o Tobie inni nie ma już znaczenia. Jak wspaniale byłoby odpuścić i śmiać się na długo przed odejściem”.

Nie ma zbyt wiele cza­su, by być szczęśli­wym. Dni prze­mijają szyb­ko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpi­suje­my marze­nia, a ja­kaś niewidzial­na ręka nam je przek­reśla. Nie ma­my wte­dy żad­ne­go wy­boru. Jeżeli nie jes­teśmy szczęśli­wi dziś, jak pot­ra­fimy być ni­mi jutro?

Phil Bosmans

Dlaczego biegam?

Posted: Wrzesień 10, 2014 in Uncategorized

Wczoraj przeczytałem artykuł, który jest już kolejnym głosem z cyklu: „po co biegasz?”.
Dla mnie pytanie o sens życia lub też biegania, to kwestia indywidualna. Nie oczekuję, że ktoś będzie mi mówił po co to robi. Z drugiej jednak strony, skoro temat wyrósł jak grzyby po deszczu, to ciężko przejść koło niego, jak gdyby nigdy nic. A o co chodzi?
Zwolennicy biegania podzielili się na dwa podobozy. Pierwszy reprezentują wszyscy Ci, którzy biegają dla „funu”, czyli dla zabawy, uśmiechu, dla samej satysfakcji z podniesienia czterech liter z kanapy. Drugą grupę tworzą osoby, które wynajdują sobie co chwilę nowe wyzwania – szybciej, dalej, coraz więcej. Ambitnie i po trupach do celu. A przecież obie te grupy łączy bieganie, które tworzy wspólny mianownik, bo da się połączyć jedno i drugie…
Biegam ponad rok, więc napiszę, że pierwsze pierze dopiero co zaczęło obrastać mój kuper. Lubię morderczy trening, nie każdy tak ma. A z bieganiem jest tak, że trzeba polubić ból, a już na pewno zaakceptować jego obecność. To trochę taka forma sadomasochizmu – chcesz przyspieszyć, to od razu wiesz, że tętno podskoczy o kilka jednostek, a Twoje płuca nie będą nadążały z tłoczeniem tlenu do krwi. Puchniesz, a przecież strefę komfortu żegnasz trzaskając domowymi drzwiami , wcześniej wyłączając telewizor pilotem.
Ja lubię i „fun” i swój dobry czas. A, i jeszcze zdjęcia z biegów, lubię swoją koszulkę, swój medal, lubię tych ludzi, którzy stoją na starcie, a ich miny mówią wszystko i nie mówią jednocześnie nic…

industrial_text_wallpaper_psd_by_fritjofdittner-d3btg0m

Zaciera się granicę między amatorskim podejściem do sportu, a tym profesjonalnym i tutaj moim zdaniem jest „pies pogrzebany”. Dostępność odzieży, suplementacji, porad lekarskich i trenerskich jest na wyciągnięcie ręki. No i co z tego?
No właśnie nic, bo na duże biegi zaprasza się sportową elitę i to właśnie ta elita zgarnia wszystko. Jest kasa, jest nagroda, jest wyśrubowany wynik. A Ty, ja i Twój znajomy? Maraton w 03:30:00? A najlepszy na mecie Kenijczyk miał przecież 02:03:23.
Tak niedawno jeszcze czytałem, że jest jakaś moda na bieganie. I pytam, co w tym złego?
Co złego jest w tym, że liczba osób, które zaczęły aktywniej spędzać czas podwoiła się, czy nawet potroiła? Co z tego, że ludzie wychodzą przed pracą, po pracy, biegają z partnerami, z dziećmi? Wolniej, szybciej, dłużej, krócej, w lesie, po asfalcie. To źle? A może to słowo „moda” wywołuje negatywne emocje?
Mam takie wrażenie, że niektóre rzeczy w życiu są zarezerwowane dla elit – bieganie dla szczupłych, fitness dla młodych, zdrowe jedzenie dla bogatych. Tak?
Nie dajmy się zwariować tą „modą”, ludzie nie żyją samym sportem, samymi rekordami. To jest zaraźliwe i niebezpieczne, długotrwały brak spełniania założeń działa ogromnie frustrująco. A my nie jesteś w stanie trenować jak profesjonaliści, bo sport to nie nasza praca, co oczywiście nie daje przyzwolenia na stanie w miejscu, nie rozwijanie siebie samego. Gdzie przy tym wszystkim jest miejsce na rodzinę, dom, pracę, zakupy i takie zwykłe klapnięcie na dupie?
Błogosławieni Ci, którzy potrafią być ponad wszelkimi podziałami. Idealnie jest bowiem znaleźć łączność między czerpaniem radości z samego faktu uprawiania sportu, a rozwojem osobistym – byciu lepszym, mocniejszym, silniejszym psychicznie. I tak myślę, że jeśli ktoś robi coś z przekonaniem i wiarą, to nie pyta o sens wykonywania danej czynności. Oddajesz się czemuś w 100%, odbierasz 100% radości z wykonania zadania. Niby proste, a jednak…
Zmieniamy codziennie podejście do życia, tak, my Polacy. Zrobiliśmy siedmiomilowy krok w stronę poprawy swojego komfortu życia. Widzę to prawie każdego dnia. Kiedyś klub fitness był jak Yeti – niektórzy o nim słyszeli, ale nikt nie widział. I co? Ilu z Was ma karnet do klubu? Ilu z Was ma dość narzekania (nie mylić z zauważaniem problemów), ciągłego biadolenia? Te zmiany zachodzą powoli i zwykle są niezauważalne. A w gruncie rzeczy zmieniamy życie nie bezpośrednio przez większe zarobki, czy też przez jazdę bardziej luksusowymi samochodami. Odbywa się to właśnie przez zmianę sposobu spoglądania na świat. Nie wierzycie? Spójrzcie jak funkcjonują nasi dziadkowie. Starość wiąże się z nudą, z chorobą, z wyczekiwaniem. Każdy może sobie sam odpowiedzieć, na co się wtedy czeka. Widoku Pani Janiny (z tego co pamiętam, lat pawie 90) na Półmaratonie Wtórpol nie zapomnę nigdy. Wbiegła na metę i zaczęła tańczyć. Niesamowity obraz. A przecież to mogłaby być moja babcia, szkoda że nie jest…
I dlatego chciałbym, żeby każdy z Was był taką Panią Janiną, żebyśmy na starość zamiast z receptą w aptece, czekali z biletem w ręku na odlot samolotu na upragnione wakacje. Bo jest różnica miedzy pakowaniem stroju kąpielowego i wylotem do Turcji, a pakowaniem piżamy i wyjazdem do szpitala. I to właśnie dziś trzeba robić wszystko, żeby radość mieć każdego dnia. Nie dajmy się rozstawiać po kątach, szufladkować. Żyjmy z całych sił.

I kończąc ten długi wywód. Dlaczego biegam? Dla bycia silniejszym, lepszym, dlatego, że chciałbym pokazać swoim dzieciom sposób na spędzanie razem wolnych chwil. Może kiedyś mi się nie będzie chciało i one wtedy mnie zmotywują. Biegam, bo chcę czasem pobyć chwilę sam, pomyśleć, zresetować umysł. Biegam, bo chcę być zdrowy i tego zdrowia Wam życzę, bo bez zdrowia nie osiągnie się w życiu żadnego rekordu.

Pozdrawiam.

Moja Przemiana po mojemu

Posted: Maj 13, 2014 in Uncategorized

Z racji tego, że kurek z nowymi osobami na stronie nadal jest odkręcony, co mnie ogromnie cieszy, chciałbym przypomnieć swoją historię i pokazać, że małymi krokami można zrobić naprawdę wiele. Potrzeba jedynie cierpliwości i czasu, a ten, wiadomo, że i tak upłynie.
Na co dzień pracuję w pełnym wymiarze czasu, dodatkowo prowadzę też zajęcia Indoor Cycling, zwane potocznie spinningiem, czy też rowerkami. Jestem ojcem dwójki dzieci, mężem, synem, bratem, wnuczkiem…
Prowadzę stronę Moja przemiana i staram się promować zdrowy tryb życia w oparciu o racjonalne żywienie, aktywność fizyczną i pozytywne nastawienie. Zaczęło się bardzo niewinnie od kilku polubień, wymiany doświadczeń w postaci komentarzy, a przerodziło się w dziennik, na którym motywujemy się wspólnie, dzielimy swoimi osiągnięciami, a ostatnio nawet spotykamy na sportowych imprezach.
Od czasu do czasu wyjmuję niektóre puzzle ze swojej życiowej układanki, bo są tam włożone na siłę, nie pasują kształtem albo kolorem, dlatego staram się je zastąpić innymi elementami. I tak od parówki z keczupem doszedłem do szpinaku z łososiem. Od wożenia tyłka w samochodzie – chodzę pieszo. Choć jak idę, to wydaje mi się, że biegnę. Zmiana nie nastąpiła wczoraj i też nie skończy się jutro. Jeśli już powiedziałem „A”, powiem jeszcze „B”.

Kiedyś pisałem, że jednym z moich największych problemów było utrzymanie wagi. Biorąc pod uwagę funkcjonowanie ciała, nie jest to nic dobrego. Spore wahania notowałem już od okresu dojrzewania, a największe stanowiło -14kg masy ciała i zaraz było +12kg. To jest w sumie 26kg. Przy czym musze napisać, że miałem wiele „sukcesów” na poziomie 3-8kg. Całość plusów i minusów szacuję na 80-90kg. Obwodów nigdy nie mierzyłem, bo nie znałem takiej techniki. I tak się dobrze „bawiłem”, aż do pewnego momentu, gdy powiedziałem dość. Ale dobrą zabawę okupiłem kilkoma uciążliwymi dolegliwościami, do tego utratą wiary w siebie, zmarnowanym czasem i na koniec uwierzyłem, że tak już musi być.
Apogeum miałem między 2010 i 2011 rokiem. Dzisiaj cały dzień szukałem zdjęcia z 2010 roku – nie mam i nie dziwię się, bo nie mogę na siebie patrzeć. Znalazłem to jedno, ale to chyba najlepiej oddaje mój stan z tamtego okresu – wygląd i zadowolenie z życia.
temu Panu
Przy 180cm wzrostu ważyłem 92kg i to był dla mnie dramat. Poziom zatłuszczenia wynosił 32%. Nigdy tak źle nie wyglądałem. Ze szczupłego chłopaka (74kg) stałem się galaretą, która miała problem z wejściem po schodach. W krótkim czasie byłem zmuszony zmienić garderobę, najgorsze jest to, że na większą i to o 2 rozmiary. Pamiętam, że lekarz nie chciał mi podpisać zaświadczenia o zdolności do pracy, to był chyba najgorszy moment w moim życiu. Wiem, że można ważyć i 200kg, ale dla mnie to było już za dużo. W między czasie chwytałem się każdej możliwości, żeby schudnąć. Od znajomych dostawałem złote rady – nie jedz ziemniaków, zrezygnuj z chleba, makaron tuczy i tak w koło. Ogromne wyrzeczenia, katowanie się dietami, potem i tak okazywało się, że wszystko na nic, a poziom frustracji sięgał zenitu. Najgorsze jest w tym wszystkim to, że nie akceptowałem swojego wyglądu i nie umiałem sobie pomóc, wstyd było się gdziekolwiek pokazać, no bo jak facet ma większe cycki (przepraszam, ale piersi to nie były) od niejednej kobiety, to jest to nie do przyjęcia. W zestawie z wielkimi cyckami dostałem też nowe ogumienie – zwisającą oponę uniwersalną na lato i zimę i drugi podbródek. I to wszystko na własne życzenie, sam sobie zgotowałem taki los. Nieregularne posiłki, omijanie śniadań, otwarty „wieczernik” na dobranoc i tym samym – całe życie na masie. Chwila minęła, zanim zrozumiałem, w jaki sposób mam się odżywiać, jak trenować (ile, co i kiedy).
Z perspektywy czasu widzę, że gdyby nie to, że odnalazłem swoją pasję, sposób na spędzanie wolnego czasu, a przy okazji pozbycie się kilku kilogramów, zredukowanie obwodów i odzyskanie wiary w siebie, to nie wiem, co by się teraz ze mną działo. Cieszę się, że mam te swoje rowery, bo od tego wszystko się zaczęło. Zajęcia są niesamowitą odskocznią, możliwością pozbycia się negatywnych emocji, poprawy samopoczucia, zrelaksowania się.
Od 10 miesięcy biegam systematycznie, ale nie dlatego, że taka moda. Biegam, bo jest to świetna alternatywa, gdy się nie ma zbyt wiele czasu. Przestałem patrzeć na bieganie tylko przez pryzmat bicia rekordów. Nie patrzę też na spalone kalorie, bo sama wartość jest bardzo umowna. Dużo ważniejszy jest sam fakt wyjścia z domu, pokonania swoich słabości i odreagowania po całym dniu. Trenuję też na siłowni i przede wszystkim racjonalnie się odżywiam. A najbardziej cieszy fakt, że udaje się zarazić tym innych. To niesamowite.

Efekty pracy nad sobą nie przychodzą do mnie z dnia na dzień. Są dużo mniejsze (teraz) niż były kiedyś, ale są systematyczne i trwałe. Do wszystkiego doszedłem sam, metodą prób i błędów. Czasem było z góry, ale częściej pod górę i dlatego efekt cieszy jeszcze bardziej. Słucham swojego organizmu i reaguję, gdy widzę, że coś niepokojącego dzieje się w moim ciele.
Aktualnie skupiam się nad poprawą wyglądu klatki piersiowej, dolnej części brzucha oraz ud, bo nie przyjmuję do wiadomości, że „taka moja uroda”.

Drzwi do „lepszego ja” są otwarte dla każdego, trzeba tylko działać!! !! To co, działamy razem?

Trwanie w poście

Posted: Marzec 17, 2014 in Uncategorized

Od dawna jeżdżę na rowerze, bardzo to lubię. I choć polubiłem również inne formy ruchu – jak bieganie, to takiej satysfakcji, jaką daje mi jazda na rowerze, nie czuję w żadnym innym przypadku. Ale co ma wspólnego jazda rowerem i trwanie w poście?
Od kiedy zacząłem praktykować dietę dr Dąbrowskiej zrozumiałem, że moje ciało jest jak rower. Aby czerpać satysfakcję z jazdy, trzeba o niego dbać. A to, w jaki sposób będziesz to robić, zależy tylko od Ciebie. Możesz zastosować dwie metody – pierwszą, doraźną, polegającą na wytarciu go ściereczką, naoliwieniu łańcucha i jeździe lub drugiego sposobu, który polega na wykonaniu gruntownego serwisu wszystkich układów w rowerze.
Ten pierwszy zabieg jest świetny, pod warunkiem, że w kasecie nie ma piachu i innych pozostałości po jeździe. Jaką masz pewność, że hamulce działają bez zarzutu? Istnieje prawdopodobieństwo i to dość duże, że cały układ będzie skrzypiał, trzaskał i zacinał się. I to jest to, co promuję na co dzień – racjonalne żywienie, które dla mnie ma sens tylko wtedy, gdy wszystkie tryby w naszym organizmie działają bez zarzutu. Czyli najpierw serwisujemy rower, potem dbamy o niego tylko doraźnie. I to działa, to jest skuteczna metoda na zdrowie przez cały rok.

Dlaczego tak uważam? Są dwa powody:

  1. jeśli przez dłuższy okres życia żywiłeś/aś się w niepoprawny sposób, to wiedz, że nie pozostaje to bez skutku. Nigdy nikogo nie namawiałem do zrobienia postu, co innego zasugerować. I wszystkim mogę zasugerować właśnie wykonanie bezbolesnego zabiegu, który da Ci odpowiedź, w jakiej formie jest Twoje jelito – a to jest podstawa odporności organizmu. Zrób test buraka na szczelność jelita. Zjadasz kilka buraków lub wypijasz z niego sok. Obserwuj swój mocz. Jeśli wybarwia się na czerwono, Twoje jelito jest nieszczelne. A jeśli jest nieszczelne to jest chore i zamiast wydalać resztki pokarmowe, wprowadza je na nowo do obiegu.
    Inna sprawa, resztki pokarmu, które nie zostają wydalone zamieniają się w złogi, a te gniją i wywołują ogniska zapalne. Powodują też choroby, dolegliwości i są przyczyną ogromnego dyskomfortu wielu ludzi. A temat chorób „tylnej strony” naszego ciała jest tematem tabu, przynajmniej tak to widzę.
  2. jeśli przez cały rok żywisz się racjonalnie, Twoje pożywienie jest zdrowe, posiłki zbilansowane, a do tego wspomagane aktywnością fizyczną, to zadam pytanie – co dzieje się ze wszystkimi „dodatkami”, które otrzymujemy w pożywieniu. Część jest wypocona, część wydalona, ale przecież nie wszystko. Jeśli pożywienie jest przetworzone lub ulepszane, to nie oszukujmy się, że jest zdrowe. Zawiera chemię –pestycydy, hormony, antybiotyki i szereg z grupy E-. I na przykładzie warzyw i owoców wiem, że nie są też tak do końca zdrowe, bo dostać 100% uprawę EKO jest bardzo trudno. Podsumowując ten wątek – warto jest też co jakiś czas wykonać post, aby oczyścić się z tych właśnie dodatków.
    Z ręką na sercu mogę napisać, że po kilku dniach postu, wąchając mięso czuję padlinę, która śmierdzi apteką. I dalej zastanawiam się, co pcha mnie do tego, żeby to później jeść…

owoce_i_warzywa_2560x1600_009

Długość postu jest zależna głównie od założeń. Dla mnie optymalne było zawsze 14 dni, pierwszy post zrobiłem przez 28 dni, ale 10dni to już satysfakcjonujący czas, a 7 to minimum. Ale rozumiem też, gdy ktoś wykona nawet 3 dni – rezultaty można oglądać gołym okiem. A jeśli ktoś ma jakiekolwiek wątpliwości, to można porównać wyniki badań krwi, nawet po tych kilku dniach.

Energia i siła

Głównym założeniem diety warzywno-owocowej jest przejście na żywienie endogenne, czyli wewnętrzne. Kaloryczność posiłków sprowadza się do ok. 500kcal dziennie. To bardzo mało. I dlatego uruchomiony zostaje proces uwalniania energii z pokładów wewnętrznych organizmu. Nadmiar wody, która zalegała w organizmie, zostaje uwolniona i odprowadzona, to samo dzieje się z tkanką tłuszczową, która zalega nie (zawsze) tylko pod skórą, ale również na narządach wewnętrznych. Tłuszcz to zmagazynowana energia, więc de facto służy jako główne źródło energii w całym procesie. Nadmiar wody i redukcja tłuszczu ma swój efekt na wadze i w obwodach.
Ważna kwestia to wyjście z postu. Tu wielu ludzi twierdzi, że może dojść do efektu jo-jo. Tak, może, jeśli nie będzie odpowiedniego wyjścia lub nastąpi powrót do złych nawyków żywieniowych.
Osobiście nie zauważam żadnych negatywnych spadków – czy siły, czy energii. Powiedziałbym przeciwnie, odzyskuję siłę, mam jeszcze większą chęć do życia. Osoby, które drżą na samą myśl o stracie swoich mięśni, chciałbym uspokoić. Dołączę zdjęcie, gdy zakończę post.
W tamtym roku jeździliśmy „grube” trasy rowerowe, nie odczułem tego w żaden sposób.

Ciekawostka – nie potrzebuję kawy, jestem pobudzony w optymalny sposób. Rano wstaję ogromnie wypoczęty. Wieczorem kładę się wcześnie i czuję, że jest to zgodne z zegarem biologicznym.

Ciężko mi to wszystko opisać, bo niektóre przemiany są poparte konkretnymi procesami zachodzącymi wewnątrz ciała, a inne zachodzą na poziomie umysłu, a to są bardzo indywidualne kwestie. To, co zawsze podkreślam – ogromne wyciszenie, brak zdenerwowania (i impulsywności w moim przypadku), taka wewnętrzna harmonia. Doceniam pokarm, jako źródło witalności, życia i siły, a nie jakieś tam zapychanie się.
Post to nie jest sposób na codzienność. Codziennie to ja mam ściereczkę i oliwienie łańcucha, serwis robię raz do roku :)

zdjęcie: tapeteos.pl